Wojciech Urbanek jest redaktorem naczelnym Świata Telekomunikacji
20 mar · Cz 2008
Uderz w stół, a nożyce się odezwą
"Nie jestem entuzjastą tego, żeby młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota" - ocenił pomysł wyborów przez Internet Jarosław Kaczyński. Ta wypowiedź, a potem jeszcze spostrzeżenia byłego premiera z biblioteki UW wywołały lawinę. Na Kaczyńskiego rzucili się wszyscy, począwszy od przeciwników politycznych, internautów, aż po media. O ile ataki tych dwóch pierwszych grup mnie nie dziwią, o tyle niektóre poczynania dziennikarzy budzą mój niesmak. Nie mam zamiaru bronić prezesa PIS, bo od tego ma swoją przyboczną gwardię. Aczkolwiek warto spojrzeć na sam problem z innej perspektywy. I choć wiem, że niektórzy szybko przykleją mi łatkę mohera, to jednak spróbuję. Nie mniej niż wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego zirytowała mnie relacja jednej ze stacji telewizyjnych. Reporter, biegający po bibliotece UW, próbował za wszelką cenę udowodnić, że internauci brzydzą sie pornografią. Można zapytać skąd biorą się naiwniacy, którzy płacą horrendalne kwoty za domeny związane z seksem? Firma inwestycyjna MXN wydała 9,5 milionów dolarów adres internetowy porn.com, inny przykład to sex.com, za którą zapłacono 11 milionów dolarów, czyli o 3,5 miliona więcej niż za business.com. Google w miesięcznych podsumowaniach najpopularniejszych haseł nie bierze pod uwagę takich słów jak "sex". Dlaczego? Bo na szczycie rankingu dominowałoby słownictwo związane z seksem. Niemniej takie zestawienia publikuje Onet, można je znaleźć na stronie http://boksy.onet.pl/ranking. Na pierwszych dwóch miejscach znajdują się hasła "filmy erotyczne" oraz "strony erotyczne". W zestawieniu można znaleźć wiele innych, pikantnych określeń, których oszczędzę czytelnikom. - Skoro sami tak robimy, to znaczy, że inni tak robią - skomentował wypowiedź Kaczyńskiego senator Misiak. Z kolei mi przychodzi na myśl inne znane powiedzenie - uderz w stół, a nożyce się odezwą. To prawda, że Jarosław Kaczyński porusza się w świecie polityki niczym słoń w składzie porcelany, przecież każdy rozsądnie myślący polityk nie zadzierałby z grupą, u której już i tak ma kiepskie notowania. Poza tym wrzucanie wszystkich młodych internautów do jednego worka jest nadużyciem. Ale czy niezręczna wypowiedź polityka opozycji była na tyle istotna, aby uczynić ją przedmiotem ogólnopolskiej debaty w mediach? Zamiast rozmawiać o sprawach merytorycznych, rozkładano na czynniki pierwsze wypowiedzi Kaczyńskiego. A jeśli już dochodziło do dyskusji na temat e-votingu, były to najczęściej jałowe spory. Tak jak chociażby w programie "Kawa na ławę". Kiedy jeden z interlokutorów skierował dyskusje na niebezpieczne tory, wspominając o technicznych uwarunkowaniach głosowania przez Internet, spotkał się z szybką ripostą Stefana Niesiołowskiego. - To tylko kwestie techniczne - odpowiedział poseł PO. Rzeczywiście, to tylko kwestie techniczne. Aż prosi się, aby w tym miejscu przypomnieć historię podpisu elektronicznego. Ustawa o podpisie elektronicznym weszła w życie w 2002 roku i dawała urzędom czas do 16 sierpnia 2006 roku na wdrożenie obsługi e-podpisu w obiegu dokumentów pomiędzy urzędami a obywatelami. Terminu nie udało się dotrzymać, przesunięto go na 1 kwietnia 2008. I prawdopodobnie nie jest to żart. Zresztą niedługo przyjdzie się nam przekonać. Eksperci, ale nie ci od owadów, z większą ostrożnością wypowiadają się na temat e-votingu. Ich zdaniem największą barierą wdrożenia jest brak odpowiednich zabezpieczeń zapobiegających nadużyciom. Poza tym zapewnienie infrastruktury potrzebnej do wdrożenia głosowania elektronicznego wymaga sporych nakładów pieniężnych. Czy warto przeznaczać środki na ten cel, biorąc pod uwagę, że tylko 8,4 procent Polaków ma dostęp do szerokopasmowego Internetu, co daje nam przedostatnie miejsce w UE? A może jednak zacząć od początku i podjąć kroki zmierzające do poprawy tej niechlubnej pozycji, zapanować nad bałaganem jaki powstał wokół podpisu elektronicznego, stworzyć elektroniczny spis wyborców. Panowie, nie zaprzątajcie sobie głowy zdobywaniem ośmiotysięczników, tym bardziej, że nie potraficie wejść na Rysy.